Przejdź do głównej treści

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Fotoreportaże 2017

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

IV Dyktando Krakowskie

IV Dyktando Krakowskie

"Dolnołużyczanin z Chociebuża", "pokrzewka piegża", "ekstrahumor", "stretch w kolorze écru", "strzeżcież się chytrzy" czy "chałturzący niby-hażanin" - to tylko niektóre z pułapek językowych, które czyhały na uczestników IV Dyktanda Krakowskiego. Arcytrudny tekst zatytułowany "Barbarzyńcy w ogrodzie, czyli komu bije dzwon" tradycyjnie przygotowała dr hab. Mirosława Mycawka z Wydziału Polonistyki UJ. Krakowskim Mistrzem Ortografii został Arkadiusz Kleniewski.

Jak przyznaje autorka tekstu, polska ortografia nie należy do najłatwiejszych. O dreszcze przyprawiają wszystkich, zwłaszcza uczniów w szkole, trzy pary znaków: h - ch, u - ó, ż - rz. Ich stosowaniem rządzą, jak wiadomo, pewne zasady, ale liczba wyjątków jest niemałym wyzwaniem dla pamięci. Jeszcze więcej problemów sprawia nam rozstrzyganie między zapisem wyrazów dużą i małą literą, pisownia łączna i rozdzielna czy wyrazy obcego pochodzenia. Wiele pułapek ortograficznych czyha też w terminologii botanicznej i zoologicznej.

- Mając na uwadze, z iloma trudnościami się mierzymy, zapisując teksty w języku polskim, trzeba uznać duże zainteresowanie konkursami ortograficznymi za wyjątkowy fenomen. Świadczy on przede wszystkim o tym, że poprawna pisownia jest dla sporej części społeczeństwa bardzo ważna. Ponadto wiele osób chce podnosić swoje kompetencje w tym zakresie. Znajomość ortografii pozwala nam zachowywać autorytet podczas uczestniczenia w komunikacji internetowej. Kto robi błędy ortograficzne, często jest dyskwalifikowany przez innych jako osoba niekompetentna, mająca braki w wykształceniu, z której zdaniem nie warto się liczyć. Zatem bez znajomości zasad pisowni można żyć, ale trzeba się liczyć z przykrymi konsekwencjami, wśród których narażenie się na śmieszność może być jedną z bardziej bolesnych - mówi dr hab. Mirosława Mycawka.

W Auditorium Maximum UJ tegoroczne dyktando napisało ponad 400 osób. Tekst roił się od podchwytliwych słów i wyrażeń. Piszący musieli poradzić sobie z pisownią zapożyczeń écru, lycra i belle époque . Autorka dyktanda wprowadziła do niego wiele pułapek związanych z rozdzielną lub łączną pisownią, czy wielką albo małą literą, jak megalustro, łże-architekci, park Jordana, himalaje barbarii, wpółprzytomna, quasi-elegia oraz stuipółletnia. Wiele kłopotów sprawiły uczestnikom również nazwy geograficzne: Chociebuż, Grzegrzółki, Trzycierz, Łobżenica i Chopok.

Tytuł Krakowskiego Mistrza Ortografii 2018 zdobył Arkadiusz Kleniewski z Dzierzążni w powiecie płońskim, który popełnił tylko 5 błędów. Zwycięzca z wykształcenia jest socjologiem. Ze słowem ma do czynienia na co dzień, ponieważ pracuje w portalu internetowym. Jego przygoda z dyktandami zaczęła się w 2012 roku, gdy wystartował w Katowicach. Jak mówi, pierwszy występ nauczył go pokory i zmotywował do cięższej pracy.

- Przygotowania dały efekt w postaci drugiego miejsca w katowickim dyktandzie przed rokiem. W tym krakowskim wystąpiłem po raz drugi. W jego poprzedniej edycji zająłem szóste miejsce. Moim zdaniem ubiegłoroczny tekst był zdecydowanie trudniejszy. Było w nim więcej nazw związanych z Krakowem - mówi Arkadiusz Kleniewski.

I Krakowskim Wicemistrzem Ortografii został Krzysztof Zubrzycki (6 błędów), a II Wicemistrzem Ortografii Piotr Cyrklaff (7 błędów). Laureaci otrzymali dyplomy, nagrody pieniężne, bony zakupowe i czytniki e-booków. Teksty dyktand publikujemy poniżej.

W tym roku Dyktando Krakowskie przeprowadzono też w kategorii junior - dla osób do 15. roku życia. Tekst "Złap 'byka' za rogi - pisz poprawnie!" najlepiej napisała Oliwia Harnik (13 błędów). Drugie miejsce zajęła Zofia Przybylska, a trzecie Kinga Golik.

Organizatorami IV Dyktanda Krakowskiego byli: Wydział Polonistyki UJ, Koło Naukowe Językoznawców Studentów UJ im. Mieczysława Karasia oraz Towarzystwo Miłośników Języka Polskiego.

Barbarzyńcy w ogrodzie, czyli komu bije dzwon

Oj, nie wyleci już ptaszek z Łobzowa! Ani chichotliwy dzięcioł, ani rdzawolica raszka, ani nawet pokrzewka piegża. Nie, nie najadłam się lulka i szczwół plamisty też mi nie zaszkodził. Klnę się na róg nachura, że to prawda. Ale do rzeczy. Otóż nazajutrz po walentynkach czatowałam z przyjaciółmi: Dolnołużyczaninem z Chociebuża, eks-Afganką i jej abchaskim narzeczonym, mieszkającymi w Bochum, oraz chałturzącym w Holandii niby-hażaninem, będącym tak naprawdę Mazurem z Grzegrzółek. Ustaliliśmy trasę wspólnego wojażu: od Trzycierza na Pogórzu Rożnowskim, przez Borzęta, Międzybórz i Lubrzę, aż do Chodzieży, gdzie zamierzamy wziąć udział w Międzynarodowych Chodzieskich Warsztatach Jazzowych "Cho-jazz". Stamtąd wyskoczymy też na pewno do Łobżenicy, której uroki dopiero co zachwalano w RMF-ie. W końcu, pożyczywszy koleżeństwu ekstrahumoru, znużona rzuciłam się w objęcia Morfeusza, gdy znienacka z zewnątrz wdarło się do mych uszu zgrzytliwe rzężenie, które musiało się nieść aż po Podgórki Tynieckie. Wpółprzytomna rozchyliłam zasłony z żorżety, lycry i stretchu w kolorze écru. Do szyb zdążyło przylec coś à la stężały kożuch na zwarzonym mleku. Mój wzrok wyłowił jednak cienie, wymachujących jakimiś boschami albo husqvarnami, hożych pilarzy, przerzynających wpół pień około stuipółletniej brzozy, nomen omen, płaczącej. Można by wziąć ich za chyżych chojraków ćwiczących hopaka na Chopoku, gdyby nie konająca u ich stóp, użyczmyż sobie słów wieszcza, "poczciwa brzezina". Toż to himalaje barbarii. Rzewność wszechpotężna wżarła się w moje serce, żałość w nim zawrzała i niezamierzenie przybrała kształt quasi-elegii. Coś ty Krakowowi zrobiła, tu cytat: "brzozo-płaczko"? Po cóżeś matki Polki strój przywdziała? Trzebaż ci było rzęsistymi łzami rosić ofiary najeźdźczych ciemięzców? Byłaś przyczółkiem nadziei dla serc żądnych Polski, to święcących triumfy, to unurzanych w hańbie. Nie wyszedł ci na dobre ten układ współczulny, każący ci nie swojej poddawać się karze. I nie zabije ci na odchodne dzwon Zygmunt, a jedynie siostrzyce twe z parku Jordana zakwilą żałośnie. Nie mogliż to ci zhardziali zasadźcy żywcem wyjętej z Schulza "ulicy Krokodyli" darować ci życia? Nie mogli u twego podnóża rozpostrzeć tafli stawu, w której jak w megalustrze pstrzyłyby się odbicia hojnie wyposażonych przez arcykolorystkę naturę uhli, oharów, krakw, grzywienek gżących się w trzcinach i cudokaczek? Brzozo srebrzystobiała, królowo nadwiślańskich pejzaży, ty hartowałaś dusze poetów-żołnierzy, próbujących uśmierzyć trójgłową gadzinę. Hołdy ci się należą w stulecie wiktorii (victorii). Dziś topór barbarzyńcy twą koronę strąca, skrzydlatym niebożętom rujnując gniazda. Dość lamentów! Pora na pogróżki. Strzeżcież się chytrzy inwestorzy, językowi szalbierze i łże-architekci. Wasza belle époque dobiega końca. Jeśli marszałek Piłsudski, dosiadłszy Kasztanki, w Święto Niepodległości opuści swój "niebiański Sulejówek" i obejrzy te wasze pseudoparki - rzędy żelbetowych klocków spod znaku Minecrafta, budowane na trupach polskich brzóz i wierzb, to jako ten wódz Mściwój, zrobi wam z waszych interesów taką jesień średniowiecza, że dantejskie piekło wyda się wam arkadią.

W zdrowym ciele zdrowy duch (kategoria junior)

W 1842 roku, gdy u wybrzeży Haiti szalało śmiercionośne tsunami, w Królestwie Galicji i Lodomerii przyszedł na świat Henryk Jordan. Któż by o nim pamiętał, gdyby wiódł próżniaczy żywot i od rana do nocy zbijał bąki? Na szczęście dla krakowian było zgoła inaczej. Chlubne życie tego wybitnego lekarza, mimo że wczas został półsierotą, wypełnione było twórczą pracą. Z Austro-Węgier odbył podróże do Ameryki i Anglii, skąd przywiózł w bród doświadczeń. Przybył w końcu na powrót do Krakowa. Tu w 1889 roku założył pierwszy w Europie publiczny ogród zabaw i gier ruchowych. Nie szczędził własnych sił i środków, by w młodzieży rozwijać i tężyznę fizyczną, i patriotyzm. Nie dożył wolnej Polski, lecz jego dzieło, znane jako park Jordana, trwa do dziś, przynosząc wytchnienie pożeranym przez smog mieszkańcom grodu Kraka. Dziś doktor Jordan, który niegdyś wprowadził gimnastykę do szkół, w grobie się przewraca, obserwując z zaświatów szerzącą się "smartwicę" (smartficę) i zdarzający się nierzadko zespół lemurzych oczu oraz przerostu kciuka u młodych Polaków. By dać odpór tym plagom i zachęcić dziatwę szkolną do ruchu, pewien zażywny wuefista z Krowodrzy stworzył nowe dyscypliny sportu: bieg w podskokach przez kretówki po krakowskich Błoniach, minimaraton z przeszkodami i bez hamowania do podkrakowskiej Mogiły, sprint na wieżę mariacką w porze hejnału, trucht wkoło Smoka Wawelskiego, freestylowy megaskok wzwyż na trampolinie, siad skulny bez podpórki u stóp pomnika Dietla, przemierzanie Wisły wpław pod mostem Dębnickim, pompki pod "Adasiem", skok w dal nad rozżarzonymi węglami, trójskok nowohucki z lądowaniem w alei Róż; ponadto dla leniwych bystrzaków: rzut okiem na Wawel z kopca Kościuszki, a w Dniu Babci - rzut moherowym beretem do Smoczej Jamy. Wśród sztuk walki znalazły się: wielobój z użyciem łokci o świeżaki w Biedronce i czwórbój międzyosiedlowy w Podgórzu. Dla miłośników psów husky przewidziano wyścigi psich zaprzęgów na Azorach, a dla cyklistów - zjazd "góralem" na zabój ze Wzgórza św. Bronisławy (Wzgórza Świętej Bronisławy) lub kolarzówką ze wzgórza Kaim. Nagrodą za wyniki ma być selfie z lajkonikiem na żądanie. A Ty, Młody Przyjacielu, nie maż się i nie każ zmuszać do ruchu. Pokażżeż, co potrafisz! Wygraj w konkursie przepiękny żółty rower, wskocz nań i popędź wzdłuż wałów Wisły do Tyńca, poczuj wiatr w nażelowanych włosach i zachłyśnij się smakiem wolności, o której nasi przodkowie mogli jedynie pomarzyć.

żródło: Portal UJ

 

Do pobrania >>

Zobacz galerię zdjęć
Polecamy również
Inscenizator, Aktor, Przestrzeń w teatrze XX wieku
Uwikłani w Pop
Cena emancypacji. Mit, religia, nowoczesność
Powiedziane po krakowsku